Stanowisko Polski śród ludów słowiańskich

Polska poczęta w łonie Słowiańszczyzny i z niego urodzona na świat dziejów ludzkich. Jej stosunek do całej ludzkości ściśle spojon z jej stanowiskiem śród ludów słowiańskich. Naszym zdaniem ona najdobit­niejszą wyobrazicielką losu im wszystkim wspólnego, ona ich dążeń zbio­ro­wych najwyższym duchowym wykwitem. W niej te ludy mają świadomość swoją, w niej i przez nią obcują z człowieczeństwem i całą przyszłością. Na dowiedzenie tego twierdzenia trza nam wprzódy należycie ocenić, na czym zależy historyczna Słowian osobistość – porównajmy więc ich z tymi dwoma drugimi szczepami: romańskim i germańskim, które wraz z nimi od wieków ląd europejski dzierżą.

Plemię romańskie, złożone z Włochów, Hiszpanów, Francuzów, a któ­remu ci ostatni przewodniczą, przechowało najwięcej podań ze starożyt­nego świata, jako też język łacińskiemu najbliższy. Ślad w nim pogańskiego hartu i pogańskiej praktyczności. Zawsze i wszędzie bardziej zewnętrz­nego, doty­kalnego kształtu niż nieujętej, wewnętrznej treści chciwe. To plemię szcze­gólnie sięga celów doczesnych, w których żywioł świecki w oderwaniu od zaświatowego, wiecznego, przemaga – a chcąc, co tylko pomyśli, natych­miast na oczy obaczyć, gardząc ideą, która by nie miała zaraz i od razu w ciało się oblec, tym samym nie daje sobie czasu potrzebnego do obleczenia jej w ciało jej odpo­wiednie – czasem znowu, wyczerp­nąwszy kształt jakiś zwierzchni, a prześlepiając wieczną treść jego, z której by następny wyprowa­dzić można, zarazem depce i po nim, starym, i po niej, co młoda na wieki; tak się zdarzyło z chrze­ścijań­stwem całym podczas rewolucji francu­skiej. Stąd ciągła, bezspokojna, porywcza dzia­łalność, łacno przeradzająca się w gwałt i okru­cieństwo. Nauka o miłości Bożej dojdzie w Hisz­panii aż do tortur in­kwizycji – nauka o wolności i godności rodu ludz­kiego aż do gilotyn i rzezi we Francji. W sztuce to plemię najlepiej pojmuje piękność kla­syczną, miarę doskonałą, ale li zmysłowych, ze­wnętrznych zarysów. W religii niesyte obrzędów, czyli takoż zewnętrzności zmysłowych. Czy w złym, czy w dobrym do ostateczności skore, za­równo zdatne do roli, przemysłu i handlu, sławą wojenną głośne we wszystkich porach historii, ono śród epoki chrześcijańskiej wyraża kierunek ode­rwany b y t u, całą jego cielesną potęgę, a zara­zem wyłącz­ność i brak dziejami swymi uwidamia­jąc – po starożyt­nemu ono stara się o ziemską posadę, o rzeczpo­spolitę, w której by prawo, z samej woli ludzkiej zrodzone, bez związku i zgody z niebieską, rządziło szczęśliwie rodu czło­wieczego losem. Można by je nazwać w najogólniej­szym znaczeniu plemie­niem politycznym.

Wtóre, germańskie, wbrew przeciwnego usposobienia, o kształt ze­wnętrzny mniej dbając, wewnętrznej treści się pilnuje; rozmaitością gar­dząc, o wykrycie jedni idealnej we wszystkim się stara – albo ją sercem wszędzie rozlaną uczuwa, a wtedy rodzi się w jego uczuciu rzewny misty­cyzm, albo nad daną w religii rozumuje, a wtedy w jego dziejach zdarza się reforma – albo też, daną odrzuciwszy, szuka innej, jedniejszej jeszcze, a wtedy w jego umyśle powstaje filozofia najidealniejsza, najoderwańsza i najmisterniej wy­pracowana ze wszystkich na świecie. Czy w tym, czy w owym okręgu, dość na tym, że zawsze tylko nad ideą duma, marzy, prze­myśliwa – zawsze w nią się zatapia jak w jakiej wieczności, a o świecie codziennych czynów rade zapomina. Stąd umysłowe bohaterstwo, grani­czące z szałem – stąd i świecka uległość, siegająca podłości nieraz. Prote­stantyzm w tej samej chwili, w której się spod duchowej przemocy Rzymu wydzierał, w której ogłaszał wolność myśli człowieczej, dał się ułowić w sidła władzy świeckiej, uznał królów i książąt papieżami swymi. – Do dziś dnia król jeszcze zwoływa synody jego i każe im budować świątynią nową z przeżytych już żywiołów. Kiedy romańskie plemię raczej przystanie na nie­wolę myśli, byle w stosun­kach świeckich wszelką wolność osiągnęło, ger­mańskie łatwo się zgodzi na dotykalne jarzmo, byleby otrzymało niezależ­ność myśli i prawo niepodle­głego w jej okręgach rozumowania. Papieża nie ścierpi za Alpami, ale każ­dego pana na własnej ziemi znosić cierpliwie będzie. Rozbrat, który z roz­wojem chrześcijaństwa na świat przyszedł, uwiecznił się niejako i zosobiścił w krwi germańskiej – przejściowy rozłam między myślą a bytem, duszą a ciałem, stał się jakoby właściwą tego ple­mienia naturą. Wszystko prze­czuć, zapowiedzieć, wywieść i wszystkiego dowieść potrafi – ale wszelkie wykonanie niesłychanym mu trudem – bierze się doń leniwo i smętno. Czy­nami myśli wyprzedza innych, politycznymi zaś się ociąga i po­zostawa z tyłu. Dusza jego poza wiekami przyszłości, a ciało daleko od niej się wlecze śród wieków przeminionych. Stąd ciągły z Francją spór i tych dwóch tak sprzecznych z sobą skłonności długie nieprzepajanie się. W naj­ogólniej­szym znaczeniu nazwać by można ducha germańskiego filozoficz­nym.

Śród tych dwóch plemion występuje trzecie, słowiańskie, nie goniące wyłącznie za doczesnymi przypadki ni też fanatycznie zapatrzone w światło oderwanej od świata mądrości, a tymi trzema szczegól­nie naznaczone pięt­nami: że wszędzie zatrudnia je uprawa roli, że od wieków uciska je przemoc obcego czy swojskiego jarzma i że głęboko wierzy w bezpo­średni, nie­ustanny związek wszechducha w wszechświatem. – Żyjąc śród niezmier­nych pól, wiel­kimi miastami nie ob­warowując się od natury bardziej niż inne plemiona za­trudnione przemysłem i handlem, pozostali Słowianie w ścisłym połączeniu z wszędobytem Bożym po całej naturze rozlanym, a skądinąd ból, doznany przez wieki, przekonywa ich, że miłość bez czynów równie byłaby czczą i marną, jak czyny bez miłości okrutnymi i nikczem­nymi. Cierpią, ale nadzieję mają, nie przystawszy w głębi sumienia na roz­dział po­lityki ziemskiej od wiecznego pomysłu Bożego. Wszystkie ich naj­sta­rożyt­niejsze ustawy i obyczaje noszą znamię braterstwa, stowarzysze­nia, wspól­nej pomocy. Przed chrześcijaństwa przyjęciem już w nich coś chrze­ścijań­skiego – wielka cierpliwość, brak mściwości, przebaczanie uraz, z rzadkimi wyjątki snują się przez całą ich historią. Choć bitni i dziarscy, zu­pełnie po­zbawieni chęci zdobyczy. Twórczość ich ani w sztuce, ani w filozo­fii, ani w przemyśle, ani w żadnych wynalazkach materialnych nie wydatna, ale za to w najrozmaitszych kształtach uspołecznienia wewnętrz­nego towa­rzystw ludzkich widoma i wydająca inne porządki od obyczaju romańskich i ger­mańskich ludzi. We wszystkich słowiańskich wykształtach przebija dąże­nie do za­pewnienia najrozleglejszej wolności każdemu osobnikowi, a zara­zem jednak do najwalniejszego skupienia sił ich społem w jedną zbiorową, dą­żącą do jednego celu. Ta właśnie twórczość społeczna, w najdrobniejszych żyłkach i włók­nach organizmów narodowych składająca swoje utwory, ura­towała narodowości słowiań­skie, mimo że każda przecho­dzi przez chwilę, w której wygląda na spożytą, roz­sypaną, zmarłą.

Obdarzeni więc Słowianie raz zmysłem zawią­zywania się w braterstwa zbiorowe, po wtóre z wiarą w każdochwilne wywieranie się Bożej opieki, niejako w ciągłe obcowanie potęg niebieskich z świeckimi i stąd głęboką bogoboj­nością przejęci. Zatem już w ich rodzimym usposobieniu tkwią one dwa główne przykazy, zakon cały zawierające, zawsze dotąd w dzie­jach rozdzielane, choć je ra­zem i nierozdzielnie Chrystus objawił, a które za­równo obowiązują i do miłowania Boga nade wszystko, i do kocha­nia bliźniego w równi z sobą samym. Choć  na nieskończoną ilość rozmaitych kształtów ten przepis dwoisty a jeden rozgałęzić się może, jest on jedyną, wieczną, tąż samą treścią wszelkiego żywota – jest spójnią wszystkich ży­wych pomiędzy sobą i wszystkich razem z wszechży­wym duchem – jest właśnie religią, bo wiąże, spaja, religuje wszystko, co tylko jest i być może. Dlatego też można plemię słowiańskie w porównaniu z politycznym romań­skim i filozoficz­nym germańskim oznaczyć mianem religijnego – a to właśnie w owym naj­obszerniejszym i najdopełniej­szym znaczeniu, które nie dopusz­cza rozdziału między prawem Bożym w niebie a ludzkim na ziemi, ale owszem w jedną sprawiedliwość i ład godzi wszelki byt z wszelką idealno­ścią, wszelki świecki porządek z wszelkim du­chow­nym, państwo z Kościo­łem, politykę z chrze­ścijańską miłością, wszystko, co jest, z tym, co być po­winno.

Już za czasów Chrystusa rzymscy mędrcy i statyści przezywali takie pojęcie święte Królestwa Bożego albo utopią, albo też ciemnotą, a samych chrześcijan darzyli imieniem: lucifuga natio1. 

Za dni naszych szczere, niewymuszone czucie słowiańskie, zawiera­jące w głębinach swoich przeczuciową dążność do urzeczywistnienia tako­wych pojęć, podobnież od mędrców germańskich i romańskich statystów potę­pione, wyśmiane, okrzyknięte za utopią lub prostoduszność. W istocie, do pewnej chwili w czasie, do pewnego rozwoju w umyśle ludzkości, zaw­sze wszelkie proste, nie spaczone uczucie prawdy wiecznej bywa jakby szaleń­stwem lub niedołężnością, doznawa losów niewinnego człowieka, otoczo­nego mnóstwem rozbójników, którzy w jednym z nim więzieniu za­mknięci nie mogą zasad jego pojąć i nawet jednomyślnym ich zaprzecze­niem serce mu i rozum w końcu mieszają. Dotąd źle, po świecku się wyra­żając, koń­czyły się ludów słowiańskich koleje; ponad ich dziejami panowało ciągle ono Fatum, które łagodnych i cichych prześladuje na ziemi, nim zie­mia według Chrystusa dostanie się pod zarząd łagodnych i cichych2. Prócz Moskwy nie urządziły się w twarde i srogie na zewnątrz mocarstwa, nie zagarnęły i nie wpoiły w siebie innych plemion, zbywa im na portach, na ludnych miastach, na giełdach, na zakładach i fabrykach wszelkiego ro­dzaju, na wszystkich bogactwach, wygodach, korzyściach, rozkoszach, którymi się cieszą inni na świecie. Na stanowisku li praktycznym, nie pyta­jącym o nic dalszego nad potoczny, obecny wypadek, można by wyrzec, że nie udało się im na kuli ziemskiej, i dodać, że są lucifuga natio. Ależ w tym właśnie moc ich cała – oni najpóźniej wstępują w świat. Nieudanie się prze­szłości, a przy tym za­chowanie istoty i wzrost życia codzienny wykazują przyszłe powołanie, ze wszystkim zgodne: i z chwilą, do której doszła święta historia i żywiołami danymi z łaski Bożej, głęboko w ich charakter plemienny wkorzenionymi. Co przygotowało plemię romańskie i germań­skie, każde z osobna i sprzecznie, to skojarzyć, to natchnąć iskrą życia przychodzi słowiańskie. Sprawiedliwość na ziemi nie już marzyć ani też gwałtownie próbami na chybi trafi rozprowa­dzać, ale osadzić i utrwalić przychodzi.

Tu porozumiejmy się jaśniej, rozprawmy się szerzej. W świecie osadzić i utrwalić to tylko można, to jedynie, przez co świat sam osadzon i utrwalon – prawda tylko przyjmuje się naprawdę. To tylko życiodajnym, co twórczym, a twórczym to tylko, co zaczerpnięte u źródeł, u których i cały nastrój wszech­stworzenia. Rozstrzygnęłyż kiedy rzeczywiście i spełna losami dziejowymi rodu ludzkiego polityka lub filozofia? – Kiedy kazano wiekom iść przez czas na przebój, iść naprzód o krwi i pocie czoła na zdobycie dobra, oświaty, po­stępu, kogoż usłuchały wieki? – Platonaż? – Cezara? – Nie, stały na miej­scu, póki namawiali tamci – ruszyły dopiero za Chrystusa ski­nieniem.

Co może byt oderwan od myśli? Co potrafi myśl oderwana od bytu? – Nie są sobą samymi, jakżeżby z siebie stworzyć co zdołały? Pełni żywota nie urodzi ni przebiegłość dyplomatyczna, ni najdzielniejsze bohaterstwo wojenne, ni żaden przypadek, okoliczność, wydarzenie na polu praktycz­nym, słowem żadna polityka, bo jej zbywa na świadomości ostatecznych powodów i celów i sama się przecież trafu ślepego wieczną igrą uznaje. Nie wyda też owej pełni z siebie żadna wiedza li idealna, żaden pomysł li teo­re­tyczny, żadna filozofia; bo choć świadoma powodów i celów, pozbawiona władzy ich wcielania, bo pojmuje wszystko, ale w żadnym zdarzennym ru­chu nie bytuje, bo nareszcie wieczną jest niewolnicą nie ślepego trafu wprawdzie, ale nieubłaganej konieczności – konieczności własnego rozu­mowania – i im wnikliwiej, począwszy od wyłącznej zasady, ją przeprowa­dza, tym srożej się obłąkiwa. – Tym dwóm rozkładnicom życia, temu, że tak powiem, ciału przedmiotowemu i duszy przedmiotowej historii czegoś nie dostawa, czegoś trzeciego, na to, by mogły przyjść do siebie i przepoić się nawzajem w jedną całość żywą. Przecież i w osobniku najwyższą potęgą ni ciało, ni dusza, ale on trzeci duch, co sprzęga je razem, z którego one są, a w którym on żyje – w nim dopiero osobistość, wolność, wola i z niej pły­nący, stworzenny czyn. Cóż dziwnego, że ta tylko potęga ostatecznie stwa­rza, której istotą jest związek i obcowanie duchów stworzonych z Duchem Stwo­rzycielem? – Bez niej tamte obe wyrzec skutecznie słowa „stań się" do żad­nego okresu historycznego nie mogą. Ich właściwym trudem gromadzić przez wieki przybory do chwili stworzennej potrzebne lub na gruz dawnych epok rozkładać zwaliska. Jako ciału i duszy każdego z nas za długie prace najwyższą nagrodą zdarzona w duchu chwila natchnienia, chwila nieoba­lal­nych postanowień, możność do wielkiego czynu, tak samo polityce i filo­zofii w świecie historii za długie zasługi na polu czy zdarzeń, czy myśli naj­wyższa nagrodą objawienie religijne. Można by powiedzieć, że religia jest genialno­ścią planety – w tej tylko chwili, w tej jedynej, do serc skończen­nych jako grom zstępuje nieskończona miłość i wszelką moc polityki z wszelkim filozo­fii umem przetapia w jeden płomień razem. Co bez miłości stać się może? Co bez miłości czy duchowi ludzkiemu, czy archanielskiemu jakiemu się uda? – Ona ciału użycza lekkości myśli, myśli nadaje bytową dotykal­ność ciała. Wtedy dopiero coś wykonać, czegoś dopełnić, coś zbu­dować można.

Plemięśmy słowiańskie religijnym nazwali, bo się nam zdawało, że wła­śnie takowa miłość nie tylko chwilowa, znikoma, ale ciągła, ale ubytniona, tkwi rodzimie w jego usposobieniu. Dotąd żadna zbiorowość ludzka sama przez się, z przyrody swej, z charakteru swego, religijnością przedmiotową nie była. Zdarzały się tylko takie polityczne lub filozoficzne ogóły, a religia tylko jak błysk rozświecała świata ciemności i przemijała. Nie osadziła się nigdy w żyłach, w muszkułach, w krwi, że się tak wyrażę, ludu jakiego. Co nią nie jest właśnie, a ją udaje i przedrzeźnia, fanatyzm, tak działał – wcielał się w Arabów, nienawidził, mordował i niszczył – ale miłość wiekuista, mi­łość Chrystusowa, nigdy dotąd – i dlatego też wszechmyśli Chrystusowej na świecie uprzedmiotowanej w państwie jakim, w jakim świeckim nastroju, nie było. Szczep słowiański na pierwszą taką urzeczywistnioną religijność wy­gląda i rozwój jej pełny z siebie zapowiadać się zdaje. (…)

Jakaż wszystkim podaniom religijnym wspólna treść? – Co one zgod­nie, jednomyślnie opowiadają? – Zdaje się, że walkę dobrego i złego – i to ko­niecznie z samejże istoty religii wypływa – przecież tę istotę stanowi sto­su­nek stworzonych do Stwórcy. Jakiż tego stosunku stopień najwyższy, naj­wyborniejszy, najświętszy? Oto zlanie się świadome i wolne woli stwo­rzo­nego ducha z wolą Ducha Stworzyciela – i to zowie się dobrem we wszech­stworzeniu! – Niezlanie się zaś, niezgodzenie, nieprzystanie, zowie się złem i tej nieprzypadłości wszelkie szczeble są rozmaitymi szczeblami złego. Celem religii ostatecznym zwycięstwo dobra nad złem, światła nad ciemno­ściami, czyli żeby wszystkie wole skończone pojednały się z nie­skończoną i doskonale tym samym wolnymi się stały. Musi więc ona, dążąc do onego celu, opowiadać toczący się w oczach i przestrzeniach bój mię­dzy wolnością jednych a drugich niewolą. (…)

Znarowiony pierwiastek złego im dalej stąpa, choćby i tryumfalnymi po­chody przesuwał się przez świat, coraz głębszym upadkiem duchowym na­znaczon. Mimo wrzkome pychy cielesnego bytu, odchodzą odeń, i to za własnym jego przystaniem, wolność, szlachetność, oświata, wszelkie poję­cie piękna, wszelkich odwaga poświęceń. Na pierwiastku dobrego wbrew przeciwne znamię leży. Mimo upadek potęgi bytowej, jeśli takowy się zda­rza, znać w nim stopniowy wzrost tych władz, postanowień i czynów, które duchowego żywota świętą rzeczywistość stanowią. – Coraz wierzy więcej, spodziewa się więcej i więcej miłuje. W miarę ubytku ziemskich narzędzi wola w nim niebieska się wzmaga i świat swój wydać z siebie wielki, piękny, sprawiedliwy pragnie.  

Nie napiętnowaneż taką różnicą dzieje losów moskiewskich i polskich? – Ruś oraz jej wyobrazicielka Moskwa od początku istnienia w coraz cia­śniejsze staczają się okręgi religijne, społeczne i polityczne. (…) Odtąd się coraz bardziej Moskwa wszystka we własny swój rząd przekarla i zwęża. Jej nie ma już, jedno rząd, który ją pochłonął, istnieje bez powodu, bez celu, bo na to, by mieć prawo istnienia, trzeba czegoś innego, szerszego od siebie być wyobrazicielem – za sobą należy mieć przyczynę swą, poza sobą ko­niec swój, jeśli się nie jest absolutną prawdą i życiem absolutnym. Rząd moskiewski sam sobą, sam dla siebie, bezwzględnie, jak wieczność i nie­skończoność, osadził się w skończoności i czasie – postawił się na miej­scu Boga. Tak wszelki szatan sobie poczyna i to wszechzłego najkoniecz­niejszą cechą. – Kto za dni naszych słyszy kiedy o narodzie moskiewskim? – Dzie­jami jego jedynymi dzieje potocznych spojrzeń, ruchów, słów jego impera­tora. Do podlejszej mierności w rozwoju, do drobniejszego wyraże­nia siebie, do nikczemniejszej postawy duch zbiorowy chrześcijański żaden dojść nie zdoła po tysiącu i więcej lat historycznego trudu.

Albo też to wszystko, co tylko na świecie bezecnego pierwiastkowym barbarzyństwem lub przepustną zgrzybiałością, wszystko, co przez wieki cedziło się przez szpary historii jak trucizna, którą świata organizm odpy­chał od siebie, zlało się razem do żył Moskwy i napełniło je gdyby wściekli­zną od­rzuconych od ludzkości plemion, państw, okresów i zdarzeń. Sto­sunku swego do Boga nauczyła się od bizantyńskiej obłudy – stosunku swego do ludzi od mongolskiego zwierzęctwa. (…)

Taką więc pracą, a bezustanną, pilną, zjadliwą, wszystkie świata staro­żytnego próchna i wszystkie niechrześcijańskie, azjatyckie popędy, z któ­rych mieszaniny sam złożon, obwarował przeciwko Zachodowi zapożyczo­nymi u tegoż Zachodu porządki: żołnierzy milionem, szpiegów tysiącami i zewnętrzną dyplomatów zgrają. (…) Kto celem sobie obrał przebydlęcenie ludzkości, ten wprzód Chrystusa wyrugować musi znad powierzchni ziemi i siebie samego bóstwem ogłosić planety. „Tak ma być", wyrzekł rząd mo­skiewski jeszcze gdy się Piotrem Wielkim nazywał i w nabuchodonozorskiej pysze walkę tę niesłychaną z wiekuistym Bogiem rozpoczął.(…)

Rozpoczął więc od rozerwania w jedno grono widome, ku jednemu ce­lowi, tajemniczo i święcie, sobie nawzajem poślubionych duchów. Jął się zatraty narodowości, która go ciałem od Europy, duszą od oszukania wszystkich Słowian, duchem od prawdopodobieństwa jakiej bądź wygranej nad rodem ludzkim dzieliła. Zrazu zewnętrzną jej postać, królewską Rzecz­pospolitę, psuł, łamał, rozbierał – później dusze jej, przeszłości podania i przyszłych dni pojęcie. Wreszcie się objawił jako bezwarunkowy morderca jej życia, jako cielesny kat plemienia polskiego i polskiego posłannictwa du­chowy zatraciciel.

Nieszczęśliwy. – Odtąd z nadmiaru złej pozbył się wszelkiej wolnej woli. – Stał się marzonej, niedokonanej arcyzbrodni jeńcem. Musi dźwigać jej kajdany, musi pod jej biczem posuwać się dalej. W nim też spokój złego, ja­kiego dotychczas nie oglądano na ziemi. Oniemiałe, w kamień obrócone sumienie o tę go doczesną potępionych potęgę przyprawiło. Tym znak sobie antychrystowy sam zatknął na czole i dopadł dna przepaści, w którą od tylu wieków zlatywał.

Polska zupełnie innym przez wszystkie stulecia postę­puje tropem. Poda­nie religijne nie od Grecji, ale od Rzymu przejmuje – nie tam chrzci się, gdzie zgnilizna, waśnie, rozryw i dogmatów niepełność, lecz tam, gdzie moc, jed­ność, postęp i światło. – Zrazu pod królami jedynowładnymi i chro­brymi orężem i odporem od granic słowiańskich niemieckiego jarzma spaja się w pierwsze ciało swe, w granitowy byt swój. Później rozpada się na osobne dzielnice, rozdziera się sama w sobie, wchodzi jakby w rozwagę i rozbiór własnej postaci, ulegając wpływowi możnowładztwa, książętom, panom i soborom biskupim. Z absolutyzmu rozszerza się w arystokracją. Następnie z onego rozpadu powraca do cielesnej jedności, zbawiona silną dłonią króla Łokietka i poświęceniem bez granic królowej Jadwigi, tej rze­czywistej i chrześcijańskiej Wandy, nie samobójstwem, ale ofiarą kraj polski ratującej od Niemca, onego najpiękniejszego i najświętszego pierwowzoru niewie­ściego w historii, mogącego stanąć posągowo obok nadziemskiej postaci Dziewicy Orleańskiej. – Lecz teraz nie tylko już o jedność bytową chodzi Polszcze. Jedność jej moralna zaczyna się wyczynniać – duch pol­ski jak gdyby od razu odgaduje zagadkę przyszłych wieków ludzkości i stara się ją rozwiązać. Wszystko, do czego Europa dni naszych skwapliwie, a nieraz niedojrzale, niezręcznie i gwałtownie brać się będzie, to Polska już w pier­siach swych nosi i wypracowywa: wolność i braterstwo polityczne – Rzecz­pospolitę i króla – demokracją, jak fale płynne, ogromne oceanu, a na nich arystokracją z zasług miecza i rozumu płynącą jak rozskrzydlone ża­glami okręta, przemijające wciąż. Wszystko trza będzie światu, by takiego ideału dostąpił w myśli, a wielu drugich, by go w pełni i mierze urzeczywist­nił. Pol­ska w XV i XVI wieku już taki ideał wciela. Król wybieralny – sejmy – sejmiki – pospolite ruszenie, czyli naród wszystek w straż pancerną prze­mienion – najszersza, najmiłosierniejsza tolerancja religijna – otwarte schronienie wszystkim wygnańcom z Włoch, Niemiec, Francji – równość przed prawem wszystkiej szlachty, ówczesny naród składającej – miasto podbojów przy­kład niepodległości, wolności, a przy tym rządu, potęgi, oświaty, ogłady, mi­łością ciągnący k'sobie postronne ludy. Stąd unie owe nieśmiertelne, stąd Prusy wydobyte spod Krzyżaków i Litwa pogaństwu odjęta, kwapiące się w objęcia Rzeczypospolitej, a z Litwą i Ruś!

Nic wspanialszego nad ten widok w historii świata – bo wszędzie wokół posępnych wojen, zdrad, prześladowań, rzezi religijnych i politycznych bez­przerwany ciąg. Włochy, Anglia, Francja, Niemcy dziejami swymi co­dziennie bluźnią Bogu. Jedna Polska go czci.

Od kolebki, przeciwnie Moskwie, na coraz się szersze rozlewała prze­stwory – coraz więcej piła światła, coraz świetniejszej, chrześcijańskiej do­bijała się chwały, coraz więcej sprawiedliwości i dobra rozsiewała na­około siebie. Postęp jej był widomym i nadzwyczajnym.

Szczególnie co w jej dążnościach wszystkich przegląda wciąż, co sta­nowi cechę odróżniającą jej ducha od wszystkich innych duchów zbioro­wych Europy  i  Słowiańszczyzny,  to  miara, do harmonii ciągłe strojenie się, za­leżące na tym, że wiecznie stara się godzić wszyst­kie jednostronności, żad­nej się nigdy wyłącznie w jarzmo nie wprzęgając, ale najsprzeczniejsze przyj­mując, uznając i kojarząc.

I tak za dni, o których w tej chwili mówimy, Rzeczpospolita polska wy­stawiała widok jedyny zlanych w sobie dwóch światów, dwóch okresów ludzkości, które wszędzie indziej walczyły i dotąd z sobą walczą – chcę po­wiedzieć, pogaństwa i chrześcijaństwa.

Nic bardziej pogańskiego jak Polska – nic też bardziej i święciej chrze­ścijańskiego zarazem. Gdzie ucha natężysz, usłyszysz rzymskiego klasy­cyzmu dźwięki. Łacina starożytnych mówców i wieszczów brzmi rytmicznie po całej niwie lackiej. Wyobrażenia republikanckie miasta wiekuistego w każdym umyśle polskim. Na sejmach królów mia­nują Cezarami i przypomi­nają im Brutusów. Jak ludzie Konwencji francuskiej w trzy wieki później, wciąż tylko o przykładach cnoty i nieugiętości rzymskiej rozprawiają i nimi hartują dzieci swoich wychowanie. Lecz jak ludzie onej Konwencji nie dybią na krew ludzką, nie odrzucają Chrystusa – owszem, prawowiernymi, gorą­cymi, rycerskimi są chrześcijanami. Żywot wielkich mężów polskich wieczną wojną krzyżową nawet przeciwko Krzyża­kom, bo o miłość i spra­wiedliwość chrześcijańską się z nimi pasują – nawet przeciwko Moskwie, bo się z nią o ogładę chrześcijańską Europy i Sło­wiańszczyzny zmagają – a przeciwko Tatarom i Turkom oczewiście, że ciągle dopełniają i co dzień tego, co Za­chód kilka razy próbował, idąc do Pale­styny: krew za Kościół i cywilizacją rozpromienioną przez Kościół leją strumieniami – tak dalece, że papież jakiś odpowie na Watykanie posłowi Rze­czypospolitej, żądającemu odeń relikwii, te pa­miętne słowa: „Alboż każda stopa ziemi waszej, zlana krwią męczeń­ską rycerzy polskich, nie świętą sama przez się relikwią?"3 – Wewnątrz zaś wszędzie kapłany pańskie zasiadające na sej­mach, gdy król umiera, pryma­sujące państwu, przeważnym wpływem radzące we wszyst­kich sprawach krajowych, kochane i szanowane, jed­nak nigdy nie podbija­jące fanatyzmem umysłów obywatelskich. W domu u każdego pana, u każ­dego szlachcica spowiednik. Wszystkie uczucia szlachetności, rycerskości, godności i pokory oso­bistej, przyniesione światu przez chrześcijaństwo, rozkwitające w pełni. Obok nich starożytny statek, starożytne pojęcie ojczy­zny jako najwyższego prawa, a w całym kierunku umysłowości ku miaro­wym kształtom ducha rzymskiego oczewiste poda­nie się. W każdym wodzu polskim, którego imię się ostało poza wiekami, znać te dwa prądy, te dwie dusze przebywające w jednej piersi, pod jednym pancerzem, swobodnie i zgodnie – przebija Scy­pio, przebija i rycerz średniowieczny. Przypomnieć sobie tylko Zamoyskiego, Żółkiewskiego, Sobie­skiego. To podwójni ludzie, w jedną i tę samą po­stać zbohaterzeni!

(1841 i 1846-47)

Zygmunt Krasiński


W roku 2002 mija 190 rocznica urodzin jednego z najwięk­szych polskich poetów i pisarzy romantycznych, zaliczanego, obok Mickiewicza i Słowackiego, do „trójcy wieszczów", Zyg­munta Krasińskiego. Urodził się w Pa­ryżu 19 lutego 1812 r. w rodzinie arystokratycznej. Oj­cem hrabiego Zygmunta Krasiń­skiego był generał na­poleoński, Wincenty Krasiński. Zygmunt początkowo uczył się w domu, w Warszawie i w posiadłości rodowej – Opinogórze, potem w latach 1826-27 w liceum war­szawskim, po ukończeniu którego wstąpił na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W 1829 r. opuścił uczelnię na skutek bojkotu kolegów, którego przyczyną było to, że Krasiński pod wpływem ojca nie wziął udziału w manifestacji patriotycz­nej. Wyjechał wtedy do Szwaj­carii. Próbował wszystkich głów­nych gatunków literac­kich. Zaczął pisać wcześnie i zaczął od powieści histo­rycznych w duchu romantycznych powieści Wal­tera Scotta. W 1828 r. (miał 16 lat) ukazała się w druku po­wieść pt. Grób rodziny Reichstalów, w 1830 – Włady­sław Herman i dwór jego.

Pobyt w Genewie był szkołą formowania się poglą­dów historiozoficznych Krasińskiego [idea romantycz­nego prowidencjalizmu, czyli wpływu Boga na bieg histo­rii (Bóg rządzi światem, a historia jest wynikiem wyroków boskich) oraz granic samodzielnego działania (człowiek powinien tworzyć historię w duchu miłości chrześcijań­skiej)], które stały się pod­stawą ideową najważniejszych jego dzieł, dwóch dramatów: Nie-Boskiej komedii (1835) i Irydiona (1836).  Później poglądy Krasińskiego ewolu­owały w kierunku konserwatyzmu i uznania religii kato­lickiej za najważniejszą w życiu. Następne lata przy­nio­sły dzieła temu poświęcone: Trzy myśli po śp. Hen­ryku Ligenzie (1840), traktat O stanowisku Polski z Bo­żych i ludzkich względów (1841), którego trzecią część publi­kujemy powyżej, poemat profetyczny Przedświt (1843), Psalmy przyszłości (wydane w Paryżu pod pseudoni­mem Spirydion Prawdzicki w r. 1845), poemat Resu­recturis (1851).

Krasiński był wielkim polskim patriotą. Uważał, że w Europie nigdy nie będzie pokoju bez wolnej Polski. W latach 1847-58 przygotował kilka memoriałów politycz­nych proponujących wskrzeszenie Polski: List do hra­biego Montalembert – 1847, Memoriał do Piusa IX – 1848, Memoriał do Napoleona III – 1854, w którym pisał: „Polska była naprawdę dziełem mą­drości boskiej i boskiego przewidywania postawionym przez Opatrzność pomiędzy ludźmi różnego pochodzenia i różnych popędów, Turkami, Moskalami i Niemcami na to, by trzymała na wodzy pierwszych w ich zama­chach na chrześcijaństwo, drugich w ich zamachach na cywilizację, trzecich w ich zamiarach nieprzyja­cielskich względem plemienia słowiańskiego. (…) Głęboko katolicka, a zarazem zachwycona trady­cjami starożytności rzymskiej, w nie­ustannych sto­sunkach z Włochami i z Francją, ona odpie­rała bar­barzyństwo ze wszystkich stron (…) Bez Polski więc nie ma pokoju dla Europy (…)", przeznaczony dla Na­poleona III Zbiór ukazów i rozporządzeń zwróconych przeciw narodowości polskiej za panowania Mikołaja I – 1856, Polska wobec Europy – 1856.

Krasiński prowadził przez całe życie bardzo bogatą korespon­dencję, która w większości zachowała się i zo­stała po jego śmierci opublikowana. Jan Kott nazwał ją „największą powie­ścią polskiego romantyzmu". Sta­nowi ona wielkiej klasy dzien­nik pisarza. Nie-Boska pozostaje do dziś jednym z arcydzieł literatury polskiej, a Krasiński zajmuje w dziejach naszej litera­tury miejsce wybitne, jako ten pisarz, który połączył w swych utwo­rach chrze­ścijaństwo z historyzmem.  

Zygmunt Krasiński, ze względu na ojca, nie wziął udziału w powstaniu listopadowym, co uważał do końca swego życia za błąd. Resztę życia spędził na obczyźnie (we Włoszech i Fran­cji), rzadko wracając do kraju. Oj­ciec ingerował w życie osobi­ste Zygmunta: doprowadził do zerwania z Joanną Bobrową, a w 1843 r. (kiedy to poeta prowadził romans z Delfiną Potocką) zmusił go do małżeństwa z Elizą Branicką, z którą Zygmunt miał troje dzieci. Cała trójka zmarła bardzo młodo na gruźlicę (sy­nowie: Władysław w wieku 29 lat, Zygmunt jr. w wieku 21 lat, córka Maria w wieku 34 lat). Sam Krasiński rów­nież zmarł na gruźlicę w Paryżu 23 lutego 1859 r. w wieku 47 lat. Po pogrze­bie w Paryżu żona przewiozła jego zwłoki do Polski, do rodzin­nego grobowca w Opi­nogórze.


  1-Zwrot: lucifuga natio, plemię uciekające od światła, u pisarzy rzymskich zwalczają­cych chrześcijaństwo oznaczało chrześciajan. Jak się zdaje, Krasiński mógł ten zwrot zapamiętać z lektury apologetyków, obrońców chrześcijaństwa, którzy,jak Minucjusz Feliks (II w.), przytaczali, aby je zbić, argumenty strony przeciwnej. Minucjusz Feliks właśnie w swojej rozprawie Octavius (8,4) przytacza nie zachowaną mowę przeciw chrześcijanom wygłoszoną w senacie około roku 160 przez Frontona z Cyrty, nauczyciela Marka Aureliusza. W wersji Minucjusza znajdujemy ów zwrot w następującym fragmencie: „[…] latebrosa et lucifugax natio, in publicum muta, in angulis garrula […]”, co w polskiej wersji brzmi: „[…] plemię kochające mrok i uciekające od światła, między ludźmi milczące, w zauł­kach rozgadane”. (Apologie. Pisma Starochrześcijańskich Pisarzy, Warszawa 1988).

  2-„Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię”. Ewangelia wg św. Mateusza 5,5, trzecie z ośmiu błogosławieństw rozpoczynających w relacji Mateusza Kazanie na Górze.