Co rozumiem  przez słowo Bóg? 

Kiedy stawiam to pytanie: czy jest Pan Bóg?, to muszę  wpierw wytłumaczyć, co rozumiem przez słowo „Bóg". Bo nie o słowo mi chodzi, ale o rzecz. Boga w każdym języku inaczej nazywają. My Polacy mówimy „Bóg", Rusini „Boh", Niemcy „Gott", Francuzi „Dieu", Włosi „Dio" itd., ale wszyscy przez to rozumieją Istotę żyjącą, choć niewidzialną, istotę rozumną, która dała początek istnieniu całego świata widzialnego i jest Najwyższym Opiekunem i Panem całego świata, czyli, jak my wierzący chrześcijanie wyznajemy i wierzymy: „Wierzę w Boga, Stworzyciela nieba i ziemi". Kiedy więc stawiam to pytanie czy jest Bóg?, pytam się o to, czy jest oprócz tego świata widzialnego i sił przyrody w tym świecie działających, jakaś Istota, choć niewidzialna, ale prawdziwie istniejąca, żyjąca, działająca, rozumna, która wszystko na świecie obmyśliła, urządziła i do bytu powołała i dalej tym światem kieruje i rządzi. 

Bezbożnicy, przeczący istnieniu Pana Boga (w tym pojęciu, jakie powyżej dałem i jakie o Panu Bogu ma ludzkość cała), mówią, że cały ten świat to dzieło przyrody, czyli natury. Na razie nie chodzi mi o słowo. Niech sobie twórcę tego świata, którego my nazywamy Bogiem, nazywają Naturą czyli Przyrodą, byleby tej Naturze czyli Przyrodzie przyznali to, czego się rozum domaga, tj. byt osobny, osobisty, od świata całego odrębny, byt Istoty żyjącej, rozumnej, wszechpotężnej, bo wtedy nie różnilibyśmy się co do pojęcia istoty Pana Boga, ale tylko co do nazwy. A mnie chodzi nie o nazwę, ale o rzecz samą, o byt Boga i Istotę Boga! Bo jak się co do Istoty Bożej porozumiemy, to potem łatwo i co do nazwy się zgodzimy. 

Lekarz

Pozytywista francuski, sławny uczony Littré, długi czas w Boga nie wierzył, ale gdy mu śmierć w oczy zaglądnęła, Boga uznał i z Bogiem się pojednał, i z Bogiem pojednany szczęśliwie umarł. Smutnej sławy filozof francuski Wolter, który tyle złego swoim wpływem zrobił, długi czas również Bogu i Chrystusowi bluźnił, a gdy był bliskim śmierci, o kapłana prosił, by się z Panem Bogiem pojednać, lecz niestety przyjaciele jego, a raczej najwięksi wrogowie, kapłana do niego nie dopuścili, i on w rozpaczy strasznej smutnie życie zakończył. Dziś już wie, że Bóg jest, ale niestety za późno. 

Znam jednego lekarza, bardzo zdolnego i uczonego, który, jak mi sam wyznał, mając lat osiemnaście, przez złe życie już zupełnie o wierze zwątpił. Ale Bóg się w duszy jego odzywał i głos w duszy mu powiedział: „szukasz prawdy, idź do źródła prawdy". Choć w nic nie wierzył, wstąpił do seminarium duchownego. Gdy przyszła pierwsza spowiedź w seminarium, nie wiedział, co zrobić. Głos mu w duszy powiedział: „szukasz prawdy, mów prawdę"; poszedł do spowiedzi i wyznał, że w nic nie wierzy. Spowiedź trwała trzy godziny, od spowiedzi wstał nawrócony, wierzący, skruszony i łzami zalany. Na pamiątkę zawiesił srebrne wotum u ołtarza Matki Boskiej. Odtąd przez sześć lat czyste prowadził życie. Po trzech latach pobytu w seminarium, rozeznawszy, że nie ma powołania kapłańskiego, wystąpił i poszedł na medycynę. Jeszcze i tam przez trzy lata żył po chrześcijańsku. Następnie popadł w dawne nałogi i znów wiarę zupełnie stracił. Później się ożenił, ale nie odmienił. Miał syna jedynaka, kilkunastoletniego, ten mu ciężko zachorował. Jako lekarz, wiedział sam od siebie i innych lekarzy, że ratunku dla niego nie ma. Więc szuka ratunku – gdzie? – u Boga, w którego niby nie wierzył, i począł się modlić. Ale jak? „Boże, jeśli jesteś, uzdrów mi syna mego, a cały sercem w Ciebie uwierzę i czcić Cię będę!". Pan się nad tą duszą zlitował i syna mu uzdrowił, a z synem i duszę ojca, bo ten, co obiecał, to dotrzymał. W Boga uwierzył i dziś tak gorąco w Niego wierzy i Jego czci i wielbi, jak rzadko kto, i jest jednym z najpobożniejszych i religijnie najbardziej uczonych chrześcijan. Rozmowy z nim były mi najmilszymi pogadankami teologicznymi!

(1847-1928) – polski duchowny rzymskokatolicki, jezuita.